Adventure Thoughts

Za co pokochasz Bośnię i Hercegowinę? Cz. I MOSTAR

Zapraszam was na podróż po Bośni i Hercegowinie. Będę ją dawkować w porcjach, by dać wam chwilę na rozsmakowanie się. Mnie osobiście oczarowała nutą orientu i brakiem pośpiechu. Mam nadzieję, że was także zaciekawi kraj, w którym mimo brutalnych doświadczeń, ludzie są niezwykle życzliwi. To był stały element codziennego zaskoczenia. Zatem czy my na zachodzie, jesteśmy aż tak zagonieni codziennością i uprzedzeniami? Ponadto pokochacie tutejszy zwyczaj picia kawy, stopionej z zapachem papierosów niczym w filmie Jima Jarmusha, tylko w innym nastroju. Dostrzeżesz piękno tego kraju, ale też ślady wojny, które wywołują dreszcz na skórze. 

Bośnię i Hercegowinę odwiedziliśmy w długi majówkowy weekend. W sumie spędziliśmy tam cały tydzień. Zobaczyliśmy wszystko co mieliśmy w planach. Do Bośni dostaliśmy się samolotem z Berlina. Na pewno szybciej byłoby samochodem, ale wiecie ‚ahoj przygodo’. Szybko i w miarę wygodnie dostaliśmy się z Wrocławia bezpośrednio na lotnisko Express Busem. Wiedząc, że różnie to bywa wybraliśmy wcześniejsze połączenie. Sześć godzin przed planowanym lotem, rozumiecie, sześć godzin. A tam nic zbytnio nie ma, zatem pozostało mi obserwować maszynkę do zwijania bagaży w folię. BTW, właśnie, ktoś to robi? Po co? Plus taki, że Wi-Fi działało bez zarzutu, ale wiecie komórka nie jest nieśmiertelna, power bank też. Zjedliśmy co mieliśmy, lotnisko nie chciało się z nami zbytnio rozstać, więc lot był opóźniony o godzinę. A co! Dzieci próbowały sytuację przyspieszyć wyjąc wniebogłosy, niestety nie zadziałało, za to pasażerom popękały bębenki w uszach. Głusi, ale pełni zapału dolecieliśmy do Banja Luki. Tam zastał nas mrok i deszcz, jednak udało nam się załapać busem do centrum, skąd mieliśmy kontynuować podróż. Niestety, niesieni pewnością, że skoro jedzie w jedną stronę to pewnie w drugą także musi, nie wzięliśmy żadnych namiarów na ów, bądź co bądź całkiem przystępny busik i jak wracaliśmy musieliśmy skorzystać z taksówki. Ze stacji benzynowej w Banja Luce mieliśmy mieć kolejny autobus. O pierwszej w nocy. Panowie z obsługi entuzjastycznie nas przywitali. Polacy, Robert Lewandowski, peace and love.  Dostajemy jajko, które z uwagi na kolor i półmrok, spowodowany słabym światłem i dymem papierosowym, wygląda jak śliwka. Okazuje się, że jest prawosławna Wielkanoc. Zjadamy jajo. Będzie ciekawie. Autobus oczywiście opóźniony, ciasno, ale jedziemy, kolejna przesiadka gdzieś za dwie godziny. Piotrek czuwa, ja śpię czując, że mój kark nie chce współpracować.  Całe szczęście kolejny autobus na nas czeka, bo prawie wszyscy się przesiadają. Ok, teraz już tylko Mostar.

Sytuacje, kiedy świat cieszy mnie o siódmej rano, mogłabym policzyć na palcach dwóch rąk i jednej stopy. Tamtego ranka byłam radośnie podekscytowana. Nie przeszkadzał mi ani deszcz ani brak soczewek na oczach. Niewyspani ruszyliśmy na spacer wąskimi uliczkami Mostaru. Co rusz zza bram wyłaniały się piękne kwiaty róż, które uwodziły zapachem. Mijaliśmy zarówno odnowione budynki, jak i takie, które nosiły na sobie znamiona wojny. To uwielbiane przez turystów miasto jeszcze spało. Do najbardziej charakterystycznego obiektu Mostaru dotarliśmy jeszcze przed szturmem turystów. Nie da się ukryć Stary Most robi wrażenie wyjętego z bajki. Wysoki i łukowaty, dostojnie góruje nad szmaragdową Naretwą. Nie było jeszcze słońca, więc jej kolor był lekko zgaszony. Tylko momentami przebijała się jej fenomenalna barwa, która przyciągała wzrok.

Zachęcam was do zapoznania się z historią tego mostu. Miał on spore znaczenie w dziejach Bośni, podobnie zresztą jak Naretwa, która dzieli kraj na część prawobrzeżną muzułmańską oraz lewobrzeżną chrześcijańską. Most przetrwał 427 lat, do 1993 roku, kiedy to w czasie wojny został wysadzony przez Chorwatów. Most szczęśliwie został odbudowany w sporej części z oryginalnych kamieni. Radzę założyć wygodne obuwie, ponieważ jest dosyć stromy i śliski, mimo iż ma coś na kształt schodków. Legenda głosi, że dawniej mężczyźni by udowodnić swoją męskość skakali z niego do Naretwy. A dzisiaj? Co roku organizowane są na nim zawody w nurkowaniu na mostach. Tutaj tez odbywa się jeden z etapów Red Bull Cliff Diving. Sami również możecie po przeszkoleniu, spróbować takiej ekstremalnej przyjemności. Nam udało się zobaczyć śmiałka zachęconego zgromadzonym ogromem turystów. To jednak nie jest pierwszy lepszy jegomość z ulicy tylko członek miejscowego klubu Stari Most Diving. Skok do Naretwy to nie hop siup. Trzeba mieć nie lada siłę bo Naretwa ma silny i zdradliwy nurt. Tak głoszą plotki, nie wiem, umoczyłam w niej tylko pazurki na brzegu.

Z powodu deszczu wpadliśmy do pierwszej lepszej kawiarni, wystrój może i nowoczesny, jednak w nastroju jak wyjęty z naszego PRLu. Stara muzyka i vintage menu. Z jednej strony omlet z szynką parmeńską z drugiej woda z Cedevitą (oranżada w proszku, w Bośni to hit) zamawiam kawę, i ciastko. Coś co moja mama kiedyś często robiła, jak miałam jakieś dziesięć lat (o matko! kiedy to było). Kostka z ciasta trochę jakby biszkoptowego, umaczanego w czekoladzie i obtoczona w wiórkach kokosowych. Lokal przesiąknięty zapachem papierosów. Czuję jak gryzie mnie w nozdrza, i tak już będzie do końca wyjazdu. Na końcu to już się nawet do tego przyzwyczajam. Natomiast o kawie miałam się rozwodzić przy okazji notki o Sarajewie, ale co tam. Napiszę dwa razy. Kawa w Bośni i Hercegowinie ma zupełnie inny wymiar niż u nas. Kawa wiąże się z zatrzymaniem, żadne „take away”, nic z tego. Tu kawa to codzienna celebracja, o każdej porze dnia. Nie zdziwcie się, jak Wam ktoś zaproponuje kawę wieczorem, tu picie kawy to trochę jak u nas picie herbaty. Z tą różnicą, że tam herbaty raczej nie uświadczysz w restauracji. A! Co jeszcze, bo widzicie przyzwyczajeni jesteśmy, że w restauracji mamy i kawę, i obiad i wszystko. Ano w Bośni, kawę dostaniesz w kawiarni, cevapici w Cevapdzinicy, nie ma, że full serwis.

Po drzemce w hostelu, bo jednak noc w autobusach daje się we znaki (kto drzemał, to drzemał, ja byłam po kawie) wybraliśmy się na obiad. Korzystając z rekomendacji Trip Advisora oraz Taste Away trafiamy do knajpy Sadrwan. Restauracja położona jest wzdłuż jednej z wybrukowanych uliczek nieopodal mostu. W bardziej turystycznej części miasteczka. Wystrój i obsługa utrzymana jest w tradycyjnych Bośniackich klimatach. Menu to także przegląd tutejszych smokołyków i tam o dziwo dostaniecie też deser, ale bez kawy.  Żeby się do niej dostać trzeba swoje odstać, bo miejsce cieszy się sporym powodzeniem. Pierwszy raz jedliśmy tam cevapici. Czyli takie jakby paluszki z mięsa mielonego, wieprzowego i/lub wołowego smażone na grillu podawane w bułce z cienkiego ciasta. Coś ala nasza pita, ale dużo smaczniejsze. Do tego zawsze podawana jest biała cebulka. Generalnie Bośnia to kraina mięsem płynąca, wegetarianie mogą mieć problem ze znalezieniem czegoś dla siebie. Drugi raz jedliśmy z polecania fajnie podany przegląd bośniackich smakołyków – National Plate. Cevapici, coś ala nasze gołąbki, faszerowane mięsem papryki oraz cebule. Dania podawane są w metalowych naczyniach. My dwa całkiem spore głodomorki, daliśmy radę tej ogromnej porcji. Chociaż czuliśmy się jak kuleczki, nie odmówiliśmy sobie deseru. Zdecydowaliśmy się na tufahiję czyli faszerowane orzechami jabłko zanurzone w cukrowym roztworze z kleksem bitej śmietany na czubku.

Sadrwan, National Plate

Sadrwan, National Plate

Mostar nie jest dużym miastem, można je zwiedzić wzdłuż i wszerz spokojnie spacerując. Oprócz sławetnego mostu, czekają tam na was meczety, mnóstwo zakamarków oraz świadomie pozostawione, nieodrestaurowane budynki, które mają nam przypominać wydarzenia z czasów wojny. Punktem obowiązkowym, oprócz Starego Mostu jest także Museum of War and Genocide Victims 1992 – 1995. Wizyta w muzeum skłania do refleksji, jest pełne osobistych historii i artefaktów ludzi, którzy doświadczyli wojny. Na wizytę należy zarezerwować sobie około dwóch godzin. W jednym z pomieszczeń można zostawić po sobie znak w postaci samoprzylepnej karteczki z notatką. Wiele tam jest próśb o życie w pokoju i miłości. Chociaż, to chyba jednak zbyt proste. Myślę, że może bardziej szacunek, kompromis i brak obojętności. Prawdą jest jednak, że mimo iż mamy XXI wiek, to wciąż toczą się wojny pełne okrucieństw. Przykładem może być obecny konflikt w Syrii, który także traktowany jest z obojętnością.

Notka praktyczna:

koszt busa z lotniska do centrum Banja Luki to ok. 10 KM, taksówką 20 euro

autobus z Banja Luki do Mostaru ok. 60 zł (bilety kupowaliśmy wcześniej przez Internet, są zaledwie cztery połączenia w ciągu doby, warto skorzystać ze strony GetByBus)

kawa 1,5 – 2 KM

jedzenie ok. 10 KM

bilet do muzeum ok. 10 KM

w niewielu miejscach można płacić kartą, lepiej uposażyć się w gotówkę

najlepiej sprawdza się karta Revolut, z której możemy sobie wypłacać pieniądze na bieżąco, koniecznie zwróćcie uwagę w czasie wypłat, ponieważ w wielu bankomatach pobierana jest prowizja w wysokości 8KM

jeżeli planujecie zwiedzać meczety, w przypadku kobiet należy wyposażyć się w chustę i odpowiedni ubiór (zakryte ramiona, nogi)

Mostar jest świetną bazą wypadową na jednodniowe wycieczki w okolice miasta, w okresie letnim koniecznie rafting

(1) Comment

  1. […] części pierwszej mogliście razem ze mną przenieść się do Mostaru.Tym razem poznamy jego okolice. Jeśli wybierzecie się do Bośni samochodem lub wypożyczycie go na […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

shares